Brutalny urok Jowity

Surowa z wyglądu i brutalna w obejściu, dama w średnim wieku, przeciętnej aparycji i nie najlepszej kondycji. Mimo tych braków potrafi rzucić urok, rozkochać. Obcując z nią raczej narzekasz, ale po latach wspominasz ze wzruszeniem. A jak ułoży się jej związek z Bałtykiem?

PRL-owski akademik staje się właśnie gwiazdą drugiego planu. Jowita wystaje zza Bałtyku na razie anonimowo na instagramach, ale wkrótce podpiszą ją pod zdjęciami redaktorzy popularnych magazynów architektonicznych. Pierwszy raz w życiu pojawi się na okładkach zagranicznych pism. Co prawda w cieniu, ale zawsze.

Jowita powstała jako jedna z dwóch dominant nad centralnym węzłem Poznania – poniemiecką Kaponierą. Stuletni wiadukt nad torami do Festung Posen w 1968 roku doczekał się remontu. Przebudowa trwała pięć lat, tylko o rok krócej poprawiano Kaponierę 40 lat później, choć kosztowało to wielokrotnie więcej.

Wejście pod Rondo Kaponiera w 1975 roku © Stanisław Wiktor / www.cyryl.poznan.pl

Główne skrzyżowanie w mieście to jak okno na świat i wizytówka w jednym. A jeśli to miasto Międzynarodowych Targów Poznańskich i Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, to funkcje budynków narzucają się same. W połowie lat 60. prawie jednocześnie oddano do użytku reprezentacyjny hotel dla gości targowych i nieco siermiężny akademik.

Budowa akademika © Muzeum Historii Miasta Poznania

Jowita stanęła w miejscu domów z muru pruskiego z czasów, gdy Jeżyce były wsią. Autorzy akademika, Witold Milewski i Zygmunt Skupniewicz z Pracowni Szkolnictwa Wyższego w poznańskim Miastoprojekcie dostali zadanie ujarzmienia fali studentów napływających do Poznania. Miało być modnie i nowocześnie, ale po poznańsku oszczędnie. Dziś można zgadywać czy to zamysł autorów czy marne wykonanie i braki materiałowe nadały budynkowi tak surowy wygląd.

Dom studencki rok po oddaniu do użytku © fortepan.hu

Akumulatory były przez lata jednym z najbardziej pożądanych akademików w mieście. Głównie przez widok z okien na stare miasto i świetny dojazd. Najbliżej stąd było na wszystkie wydziały UAMu. Studenci pierwszego roku nie mieli szans na metę w Jowicie. Teraz też nie, bo mieszkają tu głównie obcokrajowcy z Erasmusa i doktoranci. Kiedyś pierwszaki mogły wejść co najwyżej na stołówkę. A przy odrobinie szczęścia – do Akumulatorów, klubu muzycznego, który okrył się sławą już po kilkunastu koncertach i nie mniej słynnej awangardowej galerii Akumulatory 2.

Kaponiera przełomu lat 70. i 80. na pocztówce KAW-u © fotopolska.eu

Układem okien autorzy chcieli nawiązać dialog z pepitką na fasadzie Merkurego, budowanego właśnie po drugiej stronie Zwierzynieckiej. Hotel na planie trójramiennej gwiazdy nawiązywał do słynnej siedziby UNESCO z 1958 roku i podobnie jak paryski projekt miał okna ułożone w szachownicę. Projektanci Jowity poszli w poziome paski – porozcinali wąskie piętra nutą cienkich okienek pod sufitami jak w domach Franka Lloyda Wrighta, a mikre pokoje poprzyklejali do siebie oknami prawie kwadratowymi.

Czy Jowita jest ładna? Na pewno nie jest tuzinkowa, nijaka ani nudna. Jej typ urody zestarzał się może nieco szybciej, ale trudno odmówić jej charakteru. A jak się bliżej przyjrzeć, to może zacząć się nawet podobać.

Grubo ciosany wdzięk Jowity © Przemysław Turlej / Garvest

Akademik, choć używa modernistycznych środków wyrazu, cechuje brutalistyczna ekspresja. Zestawmy go choćby z gładkim, nieco cukierkowym sąsiadem po drugiej stronie ulicy. Obie bryły ustawione są na dwupiętrowych cokołach według obowiązującej wtedy mody. W Merkurym jest on przeszklony, zaprasza do słonecznego lobby. W Jowicie to niemal monolit, ostro przecięty daszkiem nad wejściem, ciągnącym się daleko poza obrys budynku nad doklejonym pawilonem. Okna księgarni to jedyne duże witryny od frontu.

Orbisowski hotel w 1966 roku

Gdyby porównywać elewacje obu budynków do sukien przed kostkę, hotelowa kiecka jest ażurowa, delikatna. Kiedyś w jasnych beżach, dziś przefarbowana na żywsze kolory, prezentuje się wciąż dość elegancko. Komża Jowity to szara, ciężka od brudu skorupa. Obie mają z boku seksowne rozcięcia – pionowe nuty okien klatek schodowych. Hotelowa zwieńczona jest płasko, studencka dynamicznymi skosami dachu opadającego do wewnątrz.

Stołówka na tyłach akademika © Przemysław Turlej / Garvest

Największą różnicę stanowią jednak treny, czyli to co znajduje się z tyłu. Za Jowitą ciągnie się trzypiętrowy bunkier bez okien, robiący wyjątek tylko na witryny stołówki na parterze. Suknia hotelowa jest ażurowa również nad restauracją, z plisami na narożnikach i okrągłymi okami świetlików w dachu.

Aż trudno uwierzyć, że obie skrojono w tym samym czasie, w sąsiednich pracowniach, według kanonów tej samej mody. Wygląda to na jeden typ socjalistycznej kreacji wieczorowej, tyle że jedna w wersji eksportowej, druga – gospodarczej.

Jowita w cieniu (?) sąsiada © Przemysław Turlej / Garvest

Najstarsi mieszkańcy wspominają, że w pokojach Jowity były ładne meble. Dziś nazwano by je dizajnerskimi i kosztowałyby krocie. Projektanci wstawili niewiele szafek i półek, za to zgrabnych, starannie wykonanych w drewnie lub sklejce. Do tego wygodne łóżko i fotelik, mała lampka i duża emaliowana nad stołem.

Niczego więcej nie potrzebował wtedy przybysz z prowincji. Miał po jednej sztuce każdej części garderoby, zdjęcie rodziców i książkę do nabożeństwa. To po co mu było więcej półek?

Dziś rosnący dobytek studentów wymusił większe szafy. Niestety z płyty wiórowej, okleinowane czerwonym wizerunkiem drewna. Przesłaniają okno i pół pokoju. Z przytulnej klitki standardowe meble zrobiły zagraconą norę.

Ściana szczytowa z rozcięciem na okna © Przemysław Turlej / Garvest

Nieremontowana z zewnątrz przez dekady, a we wnętrzach raz po raz traktowana metodą gospodarczą, Jowita wydaje się najlepsze lata mieć już za sobą. Choć przez poprzednią dekadę, po zburzeniu kina Bałtyk, zza którego wystawała, zdawała się przeżywać drugą młodość. Niczym nieosłonięta stała się zdecydowaną dominantą skrzyżowania. Zanim wyrósł przed nią nowy Bałtyk, w chłodnych brązach rozkopanej Kaponiery wyjątkowo było jej do twarzy.

Dlaczego mówią nań Akumulatory, widać na pierwszy rzut oka. Ale skąd ta Jowita? Słownik podaje, że od rzymskiego Jowisza i twierdzi, że to imię męskie. Czyli dialog z hotelem po drugiej stronie ulicy? Ale że Jowisz vel Jupiter, czyli bóg bogów kontra Merkury – bóg złodziei, kupców i podróżnych? Nie, to się kupy nie trzyma, za duża dysproporcja. Z rzymskiego panteonu bardziej nadawałaby się Minerwa, ta od mądrości, nauki i literatury.

Widok z dachu Bałtyku © Garvest

To może szukać bliżej? W naszej kulturze był jeden Jowita, święty. Z bratem Faustynem poniósł męczeńską śmierć w II wieku, za co katolicy czcili go jeszcze pięć lat po wybudowaniu akademika. Ale gdzie socjalistyczna władza nazwałaby akademik imieniem świętego?

A że na cześć dziewczyny z powieści Dygata „Disneyland”, albo nakręconego na jej podstawie filmu „Jowita” – raczej niemożliwe. Bo książka jest z ‘65, a film z ‘67 r.

Poznańskie domy studenckie musiano nazywać jakimś kluczem. Czy Hanka, Zbyszko i Jagienka nie brzmią jak imiona wiejskiej młodzieży, która w latach 60. zjeżdżała do Poznania po zmianę statusu społecznego? Może jakaś Jowita z zachodnich rubieży też wśród nich się zabłąkała? Źródła dementują, Hanka to od Hanny Szapiro, działaczki komunistycznej, a Zbyszko i Jagienka, a potem Danuśka, Maćko i Jurand to postaci Krzyżaków, a u Sienkiewicz żadnej, a raczej żadnego, Jowity nie było.

W tle budowanego jeszcze Bałtyku © Przemysław Turlej / Garvest

Jakiejkolwiek płci jest ten akademik, Bałtyk wpłynął na niego zdecydowanie. Raczej nie sprawił, że pokoje od wschodu stały się ciemne, ale widok na śródmieście trochę zasłonił. Choć pewnie znajdą się tacy, którym biurowiec będzie podobał się bardziej niż panorama. Może nawet stanie się dla nich celem i zaczną studiować pilniej, żeby z małych klitek Jowity przenieść się wprost do jasnych, przestronnych gabinetów Bałtyku.

28 marca 2017

Bałtyk wyzwolony

8 marca 2017

Cementowy zamek

10 lutego 2017

Paw Bombaju

19 stycznia 2017

Dom ustawiony do pionu