Bunkier bananów

Czy to nie przejaw rozpusty, żeby mała rodzina mieszkała w budynku przewidzianym dla dwóch tysięcy osób? Czy to nie perwersja, żeby domem uczynić mury nasiąknięte najpierw strachem i krwią, potem zapachem owoców tropikalnych, dalej wonią potu i spermy, a teraz – współczesnej sztuki. Oto osobliwe fantazje państwa Boros.

Szary odrapany bunkier wypełniony soczystymi kolorami bananów, pomarańczy i cytryn – to musiał być widok. Obraz ten był zarezerwowany dla magazynierów państwowego składu owoców importowanych z Kuby, pilnujących w chłodnych murach dóbr, które były poza zasięgiem większości mieszkańców miasta po wschodniej stronie muru. Magazynem bunkier pozostawał przez trzydzieści trzy lata od 1957 roku. To najdłuższy epizod w dziejach Bananenbunker, jak pieszczotliwie nazywali go Ossi. Był ambasadą słońca w smutnym wschodnim Berlinie, ale i ponurą pamiątką po nazistowskich ambicjach narodu.

© Sammlung Boros

© Sammlung Boros

Betonowy kloc stoi w sercu Mitte. Z dachu widać Szprewę, a za nią Bramę Brandenburską i Reichstag. To pięć minut spacerkiem od Berliner Ensemble, trzy do Friedrichstadt-Palast i siedem rowerem na Wyspę Muzeów. W pół drogi między stacjami S- i U-bany, które dwa lata po zniknięciu z bunkra bananów zaczęły zwozić tam kwiat berlińskiego homoerotyzmu i fetyszyzmu wszelkiej maści. Ich wyuzdane fantazje przyniosły bunkrowi opinię najostrzejszego klubu na świecie. W ciemnych pokojach noc nie miała końca – nie było okien, a przygodne kontakty rozświetlały przestrzeń tylko na moment. Na parkietach pięciu pięter Hardcore-Techno-Clubu brzmiał głównie house, hard trance i szybkie oddechy. Głębsze można było złapać tylko w ogrodzie, na który zwykle rozlewały się imprezy. Rezydującemu tam klubowi Czerwony Krzyż, organizacja humanitarna o tej samej nazwie zakazała jej używania, bo to co tam się działo, jej zdaniem nie było humanitarne. W 1996 roku coraz głośniejsze protesty sąsiadów, zyskującego na popularności kwartału dzielnicy Mitte, przepędziły stamtąd swawolników.

Mieszkańcy Berlina podczas nalotu

Mieszkańcy Berlina podczas nalotu

Trzymetrowej grubości ściany bunkra już wcześniej słyszały huk, jęki i krzyki. W końcu wojny na areszt wojenny zamieniła go Krwawa Armia, a potem NKWD, które w czasach przedsmartfonowych pozwalały sobie na więcej. A jeszcze wcześniej, podczas nalotów dywanowych, które zmiatały z powierzchni całe kwartały ulic, mury słyszały drżenie ziemi. Berlińczykom stłoczonym wtedy w bunkrze musiała dudnić też w uszach zuchwała zapowiedź dowódcy Luftwaffe, Grubego Hermanna, który przyrzekł na początku wojny, że nie spadnie im na głowę żadna bomba. Uchronił ich Albert Speer, kanclerz architektury Trzeciej Rzeszy, który zlecił budowę schronu na przekór bucie naćpanego morfiną Göringa.

© Sammlung Boros

© Sammlung Boros

Projekt narysował Karl Bonatz, a wykonali robotnicy przymusowi. Ponadsześćdziesięcioletni podarchitekt dostał zlecenie od nadarchitekta Speera zbudowania schronu dla pasażerów pobliskich przystanków komunikacji. Był rok 1941, słupki na wykresach wojennych rosły więc zleceniodawca postawił dodatkowy wymóg: po wojnie ma to być pomnik zwycięstwa. Bonatz poszedł na łatwiznę, podkradając pomysły renesansowemu włoskiemu koledze Andrei Palladio, którego projekty nieźle wpisywały się w nazistowską stylistykę. Nie całkiem pasowały co prawda do planów przebudowy Berlina w monumentalną stolicę świata Germanię, ale bunkier miał stanąć z dala od osi planowanej Alei Wspaniałości, więc jego znaczenie strategiczne dla wyglądu miasta było nikłe.

Tyle że bunkier istnieje do dziś, a żaden z gigantomańskich projektów Speera nie powstał. Po wojnie Bonatz został głównym planistą Berlina Zachodniego, podczas gdy jego pryncypał, pierwszy architekt Trzeciej Rzeszy, próbował wybielać się pisząc wspomnienia w trakcie dwudziestoletniej odsiadki, na którą skazał go sąd w Norymberdze.

© Sammlung Boros

© Sammlung Boros

Rząd federalny, który stał się właścicielem betonowej kostki po zjednoczeniu Niemiec, nie miał pomysłu jak ją zagospodarować. Z radością sprzedał ją japońskiemu deweloperowi, a ten dwa lata później w 2003 roku – biznesmenowi o polskich korzeniach.

Pięćdziesięcioletni dziś Krystian Boros, chłopak z Zabrza, który dorastał w Wuppertalu, wstrzelił się w boom reklamowy początku lat 90. i zbił fortunę. Inwestował ją w sztukę, na której też nie tracił. Najpierw odkrył ekscentrycznego niemieckiego fotografa Wolfganga Tillmansa, potem warte dziś majątek prace Brytyjczyków Damiena Hirsta i Tracey Emin oraz Duńczyka Olafura Eliassona. Swoje zbiory postanowił umieścić w bunkrze.

© Sammlung Boros

© Sammlung Boros

Osiemnastometrowej wysokości kostkę podniósł o kilka metrów budując na solidnym dachu penthouse o powierzchni 450 metrów kwadratowych. A z pięciu pięter, na których znajdowało się 120 pomieszczeń, wyrzucając 750 metrów sześciennych betonu, uczynił galerię dla swojej kolekcji. Na powierzchni ponad dwóch i pół tysiąca metrów pokazał kilkaset prac, które w ciągu pierwszych czterech lat działania galerii obejrzało ponad 120 tysięcy osób.

© Noshe

© Noshe

Jak mieszka się w pomniku klęski Trzeciej Rzeszy Boros zwierzył się w ubiegłym roku magazynowi Freunde von Freunden. Przez cały film banan z jego gładkiego lica nie znika ani przez chwilę. Można tylko zgadywać, który z okresów historii bunkra wywołuje u niego największą radość.

Karen i Christian © Sammlung Boros

Karen i Christian © Sammlung Boros

5 listopada 2014

Sklepienie

30 października 2014

PORR zbuduje Bałtyk

23 października 2014

Miasto ze stali się wali

17 października 2014

Podłogi wyniesione pod sufit