Dom ustawiony do pionu

Zaprojektowany przez Holendrów budynek w nowej dzielnicy Madrytu bliższy jest hiszpańskiej ekspresji, niż otaczające go introwertyczne blokowiska. Mimo że cudaczny, zjednał sobie w końcu sympatię mieszkańców funkcjonalnością. Niestety nie jakością wykonania.

Oglądając udziwnione wizualizacje nowych budynków, co rusz brylujące w mediach, można odnieść wrażenie, że współczesna architektura bardziej interesuje się sobą niż użytkownikiem. Zamiast starać się być coraz bardziej funkcjonalną, bierze udział w wyścigu osobliwości, którego głównym celem jest zadziwiać i oszałamiać. Ergonomia, ekonomia, ekologia i wkomponowanie się w otoczenie zostają w tyle.

Blok ze 156 mieszkaniami © PromoMadrid / Max Alexander

„Blok z dziurą” na taką architekturę wygląda. Dlatego nie spodobał się madrytczykom. Uznali go za przerośnięty, kanciasty donat nad rondem, zupełnie niepasujący do nijakiej zabudowy przedmieść stolicy.

Rozległy taras na wysokości 40 metrów nad ziemią © MVRDV / Blanca Lleó

Nie samo wejście Hiszpanii do UE, ale dopiero przystąpienie do Wspólnoty Europejskiej i Układu z Schengen na początku lat 90., zamieszało na tamtejszym rynku. Towary i usługi zaczęły hulać swobodnie w obie strony otwartych granic, kapitał – tylko w jedną. Choć podskoczyły ceny gruntów, znalazło się wielu, którzy chcieli tu budować. To wywołało nie całkiem kontrolowany rozrost peryferiów dużych miast. Najwyraźniej widać to było w stolicy, gdzie w szczerym polu zaczęły powstawać osiedla, udające zabudowę śródmiejską.

Mirador na tle otaczających go osiedli © Håkan Svensson / Wikimedia Commons

Jednym z takich terenów było Sanchinarro, położone w północno-wschodnim Madrycie, tuż obok lotniska, pomiędzy obwodnicą, a nitkami autostrad. Jak tylko opracowano plan dla nowej dzielnicy, budowy ruszyły hurmem. Deweloperzy cisnęli z działek ile się dało więc powstały dość szpetne blokowiska.

Aleja de Francisco Pi i Margall © Luis García / Wikimedia Commons

Wtedy madrycki ratusz się ocknął. Zwrócił się do międzynarodowych biur architektonicznych, żeby wpuściły trochę świeżego powietrza do tej dzielnicy, wywołały dyskusję w środowisku. Konkretne zlecenie brzmiało: dużo i tanio (bo chodziło o mieszkania socjalne), a w dodatku z ideą, która stanie się punktem odniesienia dla całego miasta.

Wewnątrzne galerie budynku © Anthony Oruna-Goriainoff

To co rosło na okolicznych działkach zanim powstał Mirador, wygląda jak chichot historii. Zwarta, gęsta zabudowa całych kwartałów, wypełniająca całe działki, ze „studniami” jak w kamienicach. Są zupełnie nie do odróżnienia, ciągną się dziesiątkami metrów wzdłuż ulic promieniście odchodzących od wielkiego ronda, zbudowanego w szczerym polu. Jak w kiepskiej grze RPG, gdzie twórcom nie chciało się różnicować scenografii.

Tradycyjny kwartał zabudowy potraktowany wertykalnie © MVRDV / Blanca Lleó

To co wymyślili architekci z MVRDV, wespół ze znaną miejscową architektką Blancą Lleó, można uznać za komentarz do takiego budowania. Odnieśli się do wady, która była przyczyną pozostałych felerów osiedla. Rzut sąsiedniej działki ustawili do pionu. I w przenośni, i dosłownie.

Klatka schodowa dzieląca budynek na moduły © MVRDV / Blanca Lleó

Co się nie spodobało Hiszpanom w tej bryle? Głównie jej wysokość i to udziwnienie: „Deska jak ze środkowoeuropejskiego blokowiska, tyle że z dziurą”. Nad czym ten zachwyt krytyków? Może wyglądałaby nieźle gdzieś w centrum, ale nie tu, wystająca samotnie ponad morze nijakiej architektury.

Jaskrawe schody jak przeciwpożarowe © Anthony Oruna-Goriainoff

Zmienili zdanie (na krótko) jak się wprowadzili. Okazało się, że w tych mieszkaniach jest więcej światła niż w okolicznych blokach, a przez okna rozciąga się wcale niebrzydka panorama na otaczające stolicę pasmo Sierra de Guadarrama z jednej, a na centrum z drugiej strony. Mirador to po hiszpańsku „obserwator”, „punkt widokowy”, ale też „balkon”, „weranda”. Przez tę dziurę, zdającą się kadrować widok na szczyty, do Miradora przylgnęło określenie „rama do obrazu gór”.

Jedno z wejść do budynku © Javier Gutiérrez Marcos

Architekci z MVRDV podjęli decyzję projektową podobną jak w przypadku Bałtyku – budować wysoko, ale zająć jak najmniejszą powierzchnię działki, by pozostawić sporo miejsca na przestrzenie wspólne. Ich budynek zajął mniej więcej tyle, ile na sąsiednich działkach przeznaczano na patio. Ale zieleń wokół budynku to nie jedyne miejsce przeznaczone do relaksu. Jest jeszcze zjawiskowy grajdół na tarasie ponad dachami sąsiadów, sporo szerokich klatek schodowych, wewnętrznych korytarzy i kładek, przecinających się na różnych poziomach, pozwalających do jednego mieszkania dojść kilkoma drogami. Tu te przestrzenie mają nie tylko zadania komunikacyjne, są po to, by wspomagać sąsiedzką integrację, a potem koegzystencję.

Różne rodzaje elewacji © Javier Gutiérrez Marcos

Jak stworzyć blok, który nie będzie przypominał tradycyjnych bloków? Jak nadać tożsamość każdemu mieszkaniu, by nie roztopiło się w homogenicznej mazi lejącej się wokół? Architekci wymyślili, że trzeba złożyć go z mniejszych klocków. Plany każdego z dziewięciu modułów zaprojektowali osobno, a potem skleili do kupy. To dało 35 typów mieszkań, ułożonych w dziewięć sekcji, z których każda ma inną elewację (beton, płytki, kamień) i osobną klatkę schodową wykończoną innymi materiałami. Ten blok to zbiór wielu małych domów.

Architekci z MVRDV przećwiczyli ten wariant na Silodamie w Amsterdamie © Rob ‘t Hart

Jest tu parę dwukondygnacyjnych mieszkań z oknami od podłogi do sufitu, większość jednak to skromniejsze gniazdka dla każdego modelu rodziny. Wachlarz domykają kawalerki dla młodych singli, samotnych poszukujących i pogodzonych seniorów.

Wejście jak zjeżdżalnia na placu zabaw © Håkan Svensson / Wikimedia Commons

Nie trzeba być wróżką, żeby, jak z dłoni, wyczytać to wszystko z fasady. I odnaleźć „linie życia”, które dla ułatwienia architekci pomalowali na czerwono. Dlaczego piony i poziomy klatek schodowych uznali za ważne? Z tego samego powodu, dla którego w całym bloku balkony są raczej mikre.

Z takim widokiem na góry ponad dachami blokowisk, aż prosiło się o duże loggie, na które można zaprosić znajomych, żeby się spotkać, napić wina i pobiesiadować. Ale architekci uparli się, że takie potrzeby w Hiszpanii realizuje się poza domem.

Schody bardziej do siedzenia niż wchodzenia © Anthony Oruna-Goriainoff

W ciepłym klimacie nikt zdrowy latem nie siedzi w domu. Do mieszkania chowa się na parę godzin w czasie sjesty, żeby przeczekać największy upał. O każdej innej porze najprzyjemniej jest na zewnątrz. Tu łatwiej wychwycić choćby słaby wietrzyk dający ulgę od palącego słońca. Mieszkając w centrum, wychodzi się na ulicę, do knajpki za rogiem, albo chociaż na schody. A jak to zrobić mieszkając w dwudziestopiętrowym bloku? Architekci zaproponowali sporo alternatyw: zjawiskowy taras z widokiem, tarasy między sekcjami budynku, zacienione klatki schodowe, wystające niekiedy z bryły budynku jak balkony, wewnętrzne galerie, wreszcie szerokie schody. Do wyboru, ale wszystkie w jednym, jaskrawym kolorze.

Balkon na półpiętrze © Javier Gutiérrez Marcos

Zamiast boczyć się na architektów, że w bloku komunalnym zmarnowali tyle metrów na ciągi komunikacyjne, ratusz docenił ich starania o dobrą atmosferę wśród mieszkańców. I zlecił duetowi Blanca i MVRDV kolejny blok mieszkalny w okolicy. Mimo że jego plan jest podobny do krytykowanych wcześniej bloków, czyli zabudowuje działkę po obrysie, zostawiając wewnątrz miejsce na patio, trochę się od nich różni. Nie stanowi monolitycznej bryły, lecz jak Mirador zbudowany jest z luźno poukładanych na sobie klocków, z tarasami pomiędzy nimi, przez które nie tylko wpada do środka słońce, ale i wzrok ciekawych przechodniów.

Celosía z dziurami na przestrzał © Javier Gutiérrez Marcos

Za oba budynki władze Madrytu zbierały pochwały krytyków architektury z całego świata. Że świeże, że wizjonerskie, że nowe spojrzenie. Bo przed nimi udało się ukryć, że wykonane byle jak. Prawdę ogłosili mieszkańcy. Złorzeczyli na kiepską izolację ścian, odpadającą elewację, wilgoć w mieszkaniach, nieefektywne ogrzewanie i psujące się windy. A malowniczy taras i klatki schodowe były tak często zaśmiecane przez turystów, zwabionych sławą architektów, że mieszkańcy zdecydowali się zamknąć je dla postronnych.

„Wolę na niego patrzeć niż w nim mieszkać” – wyznał jeden z lokatorów dziennikarzowi El Mundo. Tak oto dobra architektura stała się zakładnikiem swojej sławy i słabego wykonania.

Widać ta historia nauczyła rotterdamskich architektów, że nie można odpuszczać. Na budowie Bałtyku są średnio raz w miesiącu.

15 grudnia 2016

Wiecha na P4

18 listopada 2016

Ikoniczny komunalniak