Fatum nad opatrznością

Pomnik odważnej oświeceniowej idei, którego przez ponad dwa wieki nie udawało nam się zmaterializować. Obraz ścierania się odważnych koncepcji architektonicznych z wymaganiami klienta i problemami z finansowaniem budowy to historia budowy Świątyni Opatrzności.

Wotum dziękczynne, jakie Polska przyrzekła złożyć opatrzności w ofierze za jako taką zgodę narodową, przez lata natrafiało na obiektywne trudności. Utrudniały zwłaszcza obce mocarstwa, najpierw Imperium Carskie, potem III Rzesza i w końcu Związek Sowiecki, ale też polskie niezdecydowanie. W tym czasie kraj mocno się przeobraził, więc miała prawo zmienić się też koncepcja komu i za co dziękować. Wszystko to znalazło odzwierciedlenie w kolejnych projektach budowli.

Świątynia pośród domów Miasteczka Wilanów, lipiec 2015 roku © Tomasz Szediwy / Wilanów z lotu ptaka

Świątynia pośród domów Miasteczka Wilanów, lipiec 2015 roku © Tomasz Szediwy / Wilanów z lotu ptaka

To nie tylko najwyższy budynek Wilanowa, ale i najwyższy kościół w Warszawie. Jest wielki, bo jeśli jakaś idea nie może zmaterializować się przez dwieście lat, to rośnie do gargantuicznych rozmiarów.

Od trzynastu lat powstaje w Miasteczku Wilanów złośliwie nazywanym Lemingradem. Jego mieszkańcy złorzeczą, że wsteczny, że brzydki, że nie ma nic wspólnego z duchem obietnicy sprzed dwóch wieków, do której się odwołuje i że finansowany z publicznych pieniędzy. Kiedy prześledzi się fakty, nie ze wszystkimi narzekaniami można się zgodzić.

Przekrój Świątyni Opatrzności Bożej

Przekrój Świątyni Opatrzności Bożej

Ze szkoły pamiętamy, że Konstytucja 3 Maja wprowadziła trójpodział władzy i była drugą tak nowoczesną po amerykańskiej. Sejm Czteroletni, który ją uchwalił, dwa dni później wyraził samozadowolenie decydując o budowie świątyni dziękczynnej w intencji przyjęcia nowej konstytucji. Miała być „wotum wieloetnicznej i zróżnicowanej religijnie Rzeczpospolitej dla Najwyższej Opatrzności”. Czyli nie kościół, cerkiew ani synagoga, tylko właśnie ponadwyznaniowa „świątynia”. Bardziej miejsce spotkań z absolutem niż dom modlitwy. Inaczej nie mógł zdecydować sejm, w którym czwartą część stanowili masoni, wolnomularzem był też król Stanisław August Poniatowski, który przepchnął konstytucję i w pierwszym w Polsce konkursie architektonicznym wybrał projekt kolegi z loży, architekta Jakuba Kubickiego.

Projekt Jakuba Kubickiego – 1792

Projekt Jakuba Kubickiego – 1792

Świątynię Najwyższej Opatrzności zaplanowano w Łazienkach Królewskich. Dostojny dwupoziomowy klasycystyczny budynek z portykami kolumnowymi z czterech stron miał być nakryty kopułą. Stojąc na skarpie musiałby wydawać się jeszcze większy niż miał być faktycznie. Na zewnątrz raczej skromnie, wewnątrz na bogato. Od początku nie było problemów z finansowaniem, bo pieniądze pochodziły z datków możnych i dobrowolnych podatków obywateli. Budowę wstrzymało jednak wejście wojsk Carycy Katarzyny i na długo Polacy nie mieli za co dziękować.

Nadzieja powróciła po I wojnie światowej. Polska była wciąż wieloetniczna i wielowyznaniowa, ale w sejmie zmienił się układ sił. Grupa posłów-księży na czele z prymasem Aleksandrem Kakowskim, złożyła wniosek, a Sejm Ustawodawczy w marcu 1921 roku uchwalił „Ustawę o wykonaniu ślubu uczynionego przez Sejm Czteroletni, wzniesienia w Warszawie świątyni pod wezwaniem [już nie Najwyższej, a] Opatrzności Bożej.”

Teraz kościół miał być większy i wzniesiony z publicznych pieniędzy. Architekci zaproszeni do konkursu dostali zadanie zaprojektowania budowli spełniającej wymagania liturgiczne religii rzymskokatolickiej, odznaczającej się „powagą i szlachetną prostotą form”.

Dwa z trzech nagrodzonych projektów z 1930 roku, Bohdana Pniewskiego i Jana Witkiewicza © Narodowe Archiwum Cyfrowe

Dwa z trzech nagrodzonych projektów z 1930 roku, Bohdana Pniewskiego i Jana Witkiewicza © Narodowe Archiwum Cyfrowe

Architekci jakby zrozumieli tylko ostatnie polecenie, powstały projekty zarówno historyzujące, jak i odważnie nowoczesne, ale jedne i drugie nijak mające się do tradycji katolickich. Jury przyznało trzy równorzędne pierwsze miejsca, ale biskupi ocenili, że żadna z prac nie nadaje się do realizacji, bo „nie posiadają ducha kościelnego”.

Przekroje projektów Pniewskiego z pierwszego i drugiego konkursu © Muzeum Narodowe w Warszawie

Przekroje projektów Pniewskiego z pierwszego i drugiego konkursu © Muzeum Narodowe w Warszawie

Drugi konkurs rozpoczął się od spotkania architektów z episkopatem, który wyłożył swoje oczekiwania. Pod koniec 1931 roku ogłoszono zwycięski projekt. Była to dopracowana koncepcja Bohdana Pniewskiego z pierwszego konkursu, przypominająca kształtem sakralne budowle sumeryjskie, tyle że w duchu modernistycznym.

Perspektywa bryły od strony prezbiterium, studium Bohdan Pniewski, 1931 rok © Muzeum Narodowe w Warszawie

Perspektywa bryły od strony prezbiterium, studium Bohdan Pniewski, 1931 rok © Muzeum Narodowe w Warszawie

Po poprawkach budowla znacznie urosła (do ćwierć miliona metrów sześciennych), a schodkowe tarasy zniknęły na rzecz wyraźnie zaznaczonej wieży. Architekt przesunął ją bliżej frontu i wyeksponował na niej rozetę. Teraz wyglądała jak gotycka katedra opisana współczesnym językiem, czyli jak wieżowiec zza oceanu.

Ostateczna wersja projektu fasady, Bohdan Pniewski, 1938 rok © Muzeum Narodowe w Warszawie

Ostateczna wersja projektu fasady, Bohdan Pniewski, 1938 rok © Muzeum Narodowe w Warszawie

Pięć lat później Pniewski miał już dopracowany projekt, zebrano część funduszy, ale na Polu Mokotowskim, gdzie miała stanąć katedra, nie wydarzyło się nic. Wtedy to zmarł marszałek Józef Piłsudski i polscy architekci wraz z urbanistami postanowili uczcić pamięć wodza nową dzielnicą na wzór rzymskiego Pola Marsowego.

Ale w takim miejscu, oprócz placu do imprez masowych, powinien znaleźć się też jakiś monument sakralny. Świątynia Opatrzności po drobnych korektach miała wieńczyć monumentalną oś nowej dzielnicy. Bohdan Pniewski poprawił projekt i latem 1939 roku wmurowano kamień węgielny. Kiedy kolejna wojna przerwała budowę świątyni, zaczęto poważnie rozważać czy z naszą opatrznością jest wszystko w porządku.

Studium widoku świątyni z poprzedzającym ją placem w dzielnicy Marszałka Piłsudskiego, Bohdan Pniewski, lata 1935-36 © Muzeum Narodowe w Warszawie

Studium widoku świątyni z poprzedzającym ją placem w dzielnicy Marszałka Piłsudskiego, Bohdan Pniewski, lata 1935-36 © Muzeum Narodowe w Warszawie

O niespełnionej obietnicy złożonej przez Sejm Czteroletni przypomniał kardynał Stefan Wyszyński. Wykorzystał okres odwilży po śmierci Stalina i wyżebrał w Radzie Narodowej pozwolenie na budowę pierwszego kościoła w powojennej Polsce – na warszawskim Rakowcu. Mimo golgoty zgotowanej budowniczym przez komunistyczne władze, ich poświęcenie doprowadziło do tego, że parafia Opatrzności Bożej doczekała się swojego kościoła w 1979 roku. Święcąc go Prymas Tysiąclecia orzekł: „Doszedłem do wniosku, że Bóg przyjmie zamiast niespełnionych ślubów Narodu naszą zastępczą ofiarę tej świątyni”.

Dla jednych kościół przy Dickensa był wypełnieniem obietnicy złożonej w 1791 roku, dla innych – tylko symbolem, że polskie społeczeństwo o zobowiązaniu wciąż pamięta.

Tego drugiego zdania był kolejny prymas, Józef Glemp. Przekonał wybrany w wolnych wyborach Senat RP, złożony w 99% z ludzi Solidarności, by w dwusetną rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja ponowić przyrzeczenie. Czuło się, że to już ostatnie ślubowanie zbudowania Świątyni Opatrzności, złożone przez kolejny już sejm, w kolejnej, Trzeciej Rzeczpospolitej.

Projekt konkursowy profesora Budzyńskiego © Marek Budzyński

Projekt konkursowy profesora Budzyńskiego © Marek Budzyński

Na ogłoszony w 1999 roku konkurs wpłynęły jak zwykle świetne projekty. I znów przyznano trzy pierwsze nagrody: Markowi Budzyńskiemu, Wojciechowi i Lechowi Szymborskich i pracowni JEMS. I znów Kościół odstąpił od realizacji. Dopiero w drugim konkursie episkopat jasno wyłożył swoje życzenia i otrzymał projekt Wojciecha i Lecha Szymborskich, który jest realizowany od kilkunastu lat.

Projekt konkursowy profesora Budzyńskiego © Marek Budzyński

© Marek Budzyński

Środowisko architektoniczne zawrzało, bo stało murem za koncepcją Marka Budzyńskiego. Jego projekt był na tamte czasy ultranowoczesny. Gdzieniegdzie na świecie powstawały już budynki schowane w krajobrazie, ale jego był przy nich monumentalny pomnikiem. Jego kościół był jako wulkan tryskający znad krateru kryształowymi świetlikami, raz uśpionymi zimowym zmierzchem, raz rozpalonymi letnimi wschodami i zachodami słońca. Dla episkopatu tym razem wyglądał na słowiański kurhan, albo inną pogańską budowlę.

Glemp chciał pomnika i Budzyński, ale zupełnie różnych. Bo różne mieli ambicje. Architekt, jak wielu przed nim, przejął się pierwotną intencją budowy świątyni i stawał się głuchy na partykularny głos episkopatu, żądającego tradycyjnej kościelnej budowli. Nie poddał się wizji klienta i nie podjął współpracy.

Wnętrze kościoła projektu Marka Budzyńskiego © Marek Budzyński

Wnętrze „wulkanu” © Marek Budzyński

Czy to nie paradne, że żeby wyjaśnić jak powinna wyglądać katolicka świątynia, biskupi kazali architektom w drugim etapie konkursu odwołać się do najpierwszego projektu masońskiej budowli narysowanej przez Jakuba Kubickiego w 1791 roku?

Te zawody wygrała rodzina Szymborskich, ojciec i syn, którzy stworzyli postmodernistyczny koktajl wizji Prymasa Glempa i osiemnastowiecznego projektu. Budowla nic nie urosła od lat 30. ubiegłego wieku, jej kubatura wynosi 250 tys. metrów sześciennych, a wysokość 75 metrów. Podstawa ma powierzchnię boiska piłkarskiego, mieszczącego pięć tysięcy wiernych. Na samym tylko chórze naprzeciw ołtarza, na wysokości 9,5 metra, jest miejsce na organy, orkiestrę symfoniczną i nawet kilkuset chórzystów.

Wylewanie posadzki chóru w lipcu 2015 roku © Centrum Opatrzności Bożej

Wylewanie posadzki chóru w lipcu 2015 roku © Centrum Opatrzności Bożej

Z zewnątrz kościół wygląda na ukończony. Elewację pokrywa szary granit, a kopułę miedziana blacha – prezent od KGHM wart 700 tys. zł. Ale wewnątrz jest goły beton. Archidiecezja Warszawska ocenia, że na wykończenie wnętrza potrzebuje paru miesięcy i ok. 35 mln zł, jednak specjaliści z branży budowlanej każą pomnożyć tę sumę i czas kilkukrotnie. Nawet najgorliwsi zapaleńcy nie wierzą chyba, że świątynia będzie gotowa na przyjazd papieża Franciszka planowany na koniec lipca tego roku.

Ołtarz główny © Centrum Opatrzności Bożej

Ołtarz główny © Centrum Opatrzności Bożej

Zarzut, że budowę finansują publiczne pieniądze jest nie do końca prawdziwy. Działkę na Błoniach Wilanowskich podarował narodowi biznesmen Ryszard Krauze, a sto milionów złotych, jakie dotąd wpompowano w budowę dało ponad 80 tys. darczyńców z kraju i zagranicy. Budżet dołożył ponad 50 milionów złotych (znacznie więcej lewicowe niż prawicowe rządy), ale nie na świątynię, a na Centrum Opatrzności.

Żelbetowe żebra symbolizują promienie światła spływające z kopuły © Centrum Opatrzności Bożej

Żelbetowe żebra symbolizują promienie światła spływające z kopuły © Centrum Opatrzności Bożej

Archidiecezja Warszawska wymyśliła, że na najwyższym piętrze urządzi muzeum, a w podziemiach Panteon Wielkich Polaków, dzięki czemu mogła będzie się starać o państwowe dotacje. Dostała je na projekt ekspozycji, wyposażenie i zadaszenie wielkiej sali, w której będą eksponowane pamiątki po wielkich Polakach – Janie Pawle II i kardynale Stefanie Wyszyńskim. A nie po konstytucji 3 Maja, jak można by sądzić. Żaden z twórców i promotorów osiemnastowiecznej ustawy nie znajdzie też miejsca w Panteonie. Bo w międzyczasie zmieniła się intencja postawienia kościoła. Z prawej strony coraz częściej słychać, że wilanowski kościół jest wotum dziękczynnym za odzyskanie niepodległości po pierwszej wojnie światowej, po 1989 roku, albo za wydanie na świat papieża Polaka.

Aleja Darczyńców wokół Panteonu © Happa

Aleja Darczyńców wokół Panteonu © Happa

Mieszkańcy Wilanowa pytają po co stawiać tak monstrualny kościół w najmniej religijnej dzielnicy najbardziej świeckiego miasta. Psioczą, że to gigantyczna „wyciskarka do cytryn”, albo „pomnik pychy”. Narzekają podobnie jak na bazylikę w Licheniu, ocenianą przez historyków sztuki jako najjaskrawszy przykład tandety i kiczu. Tyle że ona stoi daleko od ludzkich siedlisk, a budowniczowie nie wzięli na nią złotówki z państwowej kasy.

Jednak Świątynia Opatrzności od początku była planowana jako kościół-pomnik, kościół-mauzoleum służące ogólnopolskim manifestacjom religijnym. A że stanęła w tym miejscu a nie w jednej z poprzednich lokalizacji to po trosze przypadek. Zaś problemy z finansowaniem wynikają być może z tego, że polskich wiernych nie stać na sfinansowanie dwóch tak bajońsko drogich kościołów w tak krótkim czasie.

W przekroju świątyni wierni dopatrzyli się postaci anioła

W przekroju świątyni wierni dopatrzyli się postaci anioła

Zdaniem wielu, kiedy zostanie ukończona zamknie się w historii Polski pewien rozdział. Kraj zrzuci z siebie klątwę czy fatum i zyska wreszcie przychylność opatrzności. Zapanuje wtedy w Polsce szczęśliwość niezakłócana przez sąsiadów. Czy w tej intencji nie warto dorzucić się do budowy nowej świątyni?