Łąki i lasy Pixela

O dzikich łąkach na dachu zamieszkałych przez owady i ptaki, ratowaniu drzew i szanowaniu wody – rozmowa z ogrodnikiem Bartoszem Byczkowskim, szefem Garte, firmy tworzącej i opiekującej się zielenią w Pixelu.

Poszanowanie tych drzew jest bezcenne. Stał tu wcześniej budynek w cieniu lip, teraz stoi inny, w tym samym cieniu.

Dach zielony na Pixelu to fanaberia czy konieczność?
W sytuacji, kiedy działka jest mocno zabudowana, bez dachu zielonego niemożliwe byłoby spełnienie wymogów postawionych w pozwoleniu na budowę, dotyczących powierzchni biologicznie czynnej. Ale inwestor zrobił na Pixelu dużo więcej. Powierzchnia zieleni i standard jej wykonania po wielokroć przewyższają to co wystarczyłoby zrobić, żeby uzyskać pozwolenie na użytkowanie. Powiem tak, może nie z nawiązką, ale w maksymalnie pełny sposób inwestor zrekompensował naturze to, co zabrał, wylewając tysiące metrów sześciennych betonu.
To co stworzyliśmy nie jest typowym dachem ekstensywnym, można go nazwać ekologicznym dachem półintensywnym. Za jakiś czas stanie się dziką łąką.

Sierpniowa łąka na dachu © Garte

Wygląda dużo bujniej niż wiosną.
Za kilka lat to będzie wielokolorowa – trochę usystematyzowana, bo rośliny są połączone w grupy – dynamicznie zmieniająca się łąka. W trakcie pielęgnacji nie zamierzamy walczyć z tym, co tam się wydarzy samoistnie. Jeżeli coś się wysieje, zostawimy to.
Przez pierwsze dwa lata zieleń będzie wyglądała tak jak w projekcie. W trzecim, czwartym i piątym roku może się okazać, że mamy gatunki, które się świetnie rozsiewają. Nie pozwolimy im zdominować pozostałych, ale dopuścimy, by miały większy udział niż obecnie.

Po lewej wysokie kępy wydmuchrzycy © Garte

Co tu rośnie?
Około 40 gatunków roślin, wyłącznie rodzimych, bo takie były wymogi certyfikatu BREEAM. Od prostych rozchodników, które stosuje się na dachach ekstensywnych po np. wydmuchrzycę piaskową, rosnącą na nadmorskich wydmach i osiągającą nawet do metra wysokości. I szereg innych gatunków, które występują dziko w Polsce.
Szukając tych roślin w szkółkach słyszeliśmy: Tego nikt nie hoduje, to jest chwast. A przecież chwast jest pojęciem wytworzonym przez człowieka, natura nie zna takiego pojęcia.

Kto zamieszka na dachu?
Kilkadziesiąt gatunków owadów. A przez to, że jest tam sporo wysokich roślin są szanse, że osiedlą się też ptaki.
Taki ekosystem ukonstytuuje się, mam nadzieję, za jakieś trzy, cztery lata.

Wiosenny Pixel od południa z poznańską Fujiyamą w tle © Air Assist

Jeszcze jakieś plusy?
Jest ich wiele. Po pierwsze duża retencja wodna, co jest receptą na powodzie w miastach przy dużych opadach. Moim zdaniem dach Pixela zatrzyma ok. 70-80% wody opadowej. Reszta spłynie do zbiorników retencyjnych, które są podłączone do systemu nawadniania. Więc tak czy tak ta woda tam wróci, mamy w pewnym sensie obieg zamknięty.

Gdzie jest magazynowana?
W garażu na poziomie minus jeden. Z dwóch dużych zbiorników pompami woda tłoczona jest do obiegu. Ale budynek używa jej z szacunkiem. Na dachu i tarasach założyliśmy czujniki wilgotności podłoża, które dają sygnał zraszaczom, by woda nie była wylewana na darmo.

Wracając do zalet, zielony dach zmniejsza nakłady na ogrzewanie budynku. Ponad dwadzieścia centymetrów substratu to świetny izolator. Latem wychładza, bo rośliny oddając wodę w postaci pary pobierają energię z otoczenia, przez co obniża się temperatura. A zimą substrat działa jak izolator. Także jako izolator dźwięku.

Przypomina bardziej piasek dla kota niż ziemię.
To mieszanka mineralnych elementów, kompostu, piasku i wielu innych składowych, które zapewniają roślinom właściwy wzrost.
Zastosowaliśmy substrat, który nie zawiera torfu. Pozyskiwanie go wiąże się z dewastacją naturalnego ekosystemu torfowisk, nie popieramy tego.
Ten substrat, został przygotowany specjalnie na tę inwestycję. I gwarantuję, że nie przez rok, ale przez 10 lat będzie tam wszystko rosło.

Dlaczego jest tak ważny?
Podstawowym błędem na dachach zielonych jest stosowanie zwykłej ziemi z odkładu zamiast substratu. Oczywiście po to, żeby oszczędzić, bo różnica w cenie jest niebagatelna. Ale warunki na dachu różnią się zasadniczo od tych, jakie rośliny mają w glebie, dlatego absolutnie nie wolno tego robić. Ponieważ nie ma naturalnego podsiąkania jak w glebie, na spodzie ułożone są maty drenażowe i systemy, które gromadzą odpowiednią ilość wody, a nadmiar odprowadzają.
Substraty muszą być lekkie, mieć właściwą strukturę i taką ilość mineralnych elementów, która będzie w stanie przeciwdziałać ich zagęszczaniu. Nie mogą zawierać występujących w glebie koloidalnych cząstek spławialnych, bo zapychałyby włókninę filtracyjną.

Zielone parawany na tarasach tworzą graby.
To bardzo plastyczna roślina. Czy ma pół- czy trzy metry, można je modelować jak plastelinę. Nie ma wygórowanych wymagań, a w zamian oferuje zielone bloki liści, które zostają na gałęziach do późnej zimy i spadają dopiero wczesną wiosną.

Graby w styczniu © Magda Wolna

Szpaler oddzielający Jadalnię od ulicy Babimojskiej to też graby?
Tak, tyle że to odmiana kolumnowa – Carpinus betulus ‚Fastigiata’. Jego kształt jest nieco inny, pędy wznoszą się do góry i naturalnie niecięte tworzą kolumnę. My będziemy go formować, więc wyglądem zbliży się do tych na tarasach. Ma tworzyć naturalną kurtynę od ulicy.

Dwumetrowe Fastigiaty w czerwcu © Jeremi Buczkowski

Lipy od Grunwaldzkiej wyglądają jakby rosły tu od dawna.
To było nasze pierwsze i największe wyzwanie na tej budowie. Pień pierwszej lipy przy Babimojskiej znajduje się półtora metra od ściany szczelinowej garażu podziemnego. Ocalenie tego drzewa było sporym wyzwaniem. Na innej budowie, jeśli nie zostałoby wycięte przed rozpoczęciem prac, robotnicy zniszczyliby je w trakcie. Włożyliśmy mnóstwo wysiłku w jego opiekę. Przycięliśmy gałęzie, odkopaliśmy korzenie, poprzycinaliśmy je i zabandażowaliśmy jak skaleczony palec. Zbudowaliśmy szalunki, chroniące korzenie przed wyschnięciem, podlewaliśmy, wyłożyliśmy folią, żeby zabezpieczyć je przed bentonitem wylewanym do wykopów. Potem wyczyściliśmy, przycięliśmy z drugiej strony, zaszczepiliśmy grzybami mikoryzowymi i trichodermą, unieszkodliwiającymi grzyby chorobotwórcze i nawoziliśmy. Naprawdę zajmowaliśmy się nimi jak na OIOMie. I udało się.

Szpaler lip od Grunwaldzkiej © Air Assist

Nie łatwiej było wyciąć i wsadzić nowe?
Trzydzieścia lat, czasu nie da się kupić. Lipa rośnie dość szybko. Byłbym w stanie przywieźć tu drzewa, które mają 80 centymetrów obwodu (te mają 150 cm). Ale zanim zadomowiłyby się tu i nabrały wigoru do szybkiego wzrostu minęłoby kolejnych dziesięć czy piętnaście lat.
Poszanowanie tych drzew jest bezcenne. Stał tu wcześniej budynek w cieniu lip, teraz stoi inny, w tym samym cieniu.
No i uratowaliśmy 16 olbrzymich lip.

Dosadziliście tylko jedną.
I po niej dobrze widać jak to jest. Posadziliśmy duże drzewo, zastosowaliśmy przeróżne systemy: antykompresyjny, ekrany korzeniowe, specjalne substraty, ale to nie zmieni faktu, że musimy poczekać dziesięć czy piętnaście lat, żeby dorównała pozostałym.

Pixel na początku lata © Air Assist

Czy prawdą jest co piszą dziennikarze, że Pixel to najbardziej ekologiczny biurowciec w Poznaniu?
Na pewno aspiruje do tego tytułu. Nie mam twardych danych dotyczących konkurencji, ale pod wieloma względami wybija się na jej tle.
Pixel ma certyfikację BREEAM, a zakres prac związanych z szeroko pojętą ekologią, którą my się zajmowaliśmy, został wykonany bezkompromisowo. Ja się z taką realizacją w mojej karierze zawodowej jeszcze nie spotkałem. Zarówno jeśli chodzi o architekturę, jak i wysoki standard jej wykonania. Nie widziałem na tej budowie czegoś, co jest na innych nagminne, czyli oszczędności.

Branża ogrodnicza cierpi na te same choroby co budowlana?
Chronicznie. Moim zdaniem wynika to z braku świadomości inwestora. Wygląda to tak: powstaje piękny projekt z jeszcze piękniejszą wizualizacją. Ale żeby osiągnąć ten efekt, należy ponieść konkretne nakłady. A na etapie przetargu generalny wykonawca zbiera oferty z rynku, dzieli je przez dwa i mówi, jakoś to będzie. Tak się dzieje zwłaszcza w odniesieniu do zieleni, która w większości inwestycji traktowana jest per noga. Kiedy przychodzi do realizacji, okazuje się, że założenia są te same, ale pieniędzy tylko połowa. I oczywiście znajduje się firma, która wykonuję tę pracę, ale po jakimś czasie nic z tego nie zostaje. Bo pewnych rzeczy nie da się oszukać: rozmiaru roślin, ich jakości, systemów zielonodachowych, substratu etc.

Czy polskie miasta choć trochę zzieleniały?
Próbują, ale jeszcze sporo pracy przed nimi. Każde miasto ma inną proporcję zieleni parkowej i przyulicznej. W Poznaniu jednej i drugiej mamy sporo i jest na bardzo przyzwoitym poziomie. W innych miastach zieleni drogowej nie ma wcale, albo jest zupełnie beznadziejna, a parków jest wciąż za mało i wciąż w dosyć kiepskim standardzie.

A zieleń tworzona przez deweloperów?
Dokłada się do sumy zieleni w miastach, ale w niewielkim stopniu. W Poznaniu poza nielicznymi wyjątkami inwestorzy decydują się na absolutne minimum, które jest niezbędne do uzyskania pozwolenia na użytkowanie. Warszawa pod tym względem wygląda nieco lepiej.

Ubywa naturalnych terenów zielonych, a przybywa rabatek?
To naturalny proces urbanizacji. Budując ulicę wysiewamy przy niej trawnik i sadzimy drzewa. Ale dzikie łąki, które były tu wcześniej miały wielokrotnie wyższą wartość ekologiczną.
Wśród osób zajmujących się zielenią brakuje świadomości. Jeżeli mamy skarpy przy autostradzie i one zarosły łąką, to nie kośmy ich co chwilę, zostawmy je, niech będą łąką, niech zamieszkają tam owady, ptaki. Nie każdy trawnik poza centrum musi wyglądać jak pole golfowe. Denerwuje mnie to parcie na połysk w każdym miejscu.