Piątek i Trybuś: Lukier i mięso

Mądrego to i miło posłuchać. Grzegorz Piątek, Jarosław Trybuś i Marcin Kwietowicz rozmawiają o polskiej architekturze po 1989 roku. Opowiadają tak barwnie, że byliby w stanie zainteresować nawet ludzi obojętnych na architekturę.

Dwaj bardzo młodzi i aktywni krytycy architektury, Piątek i Trybuś, konsekwentnie realizują swój cel – popularyzują architekturę.

Książka w kieszonkowym formacie opisuje największe budynki, jakie przydarzyły się polskiej architekturze w ostatnich 20 latach. To tytułowy lukier. Jest go w książce tyle, że obraz kraju jawi się niemal jak sen. Na mięso, czyli zwyczajną polskich ulic zostawili niewiele miejsca.
Właśnie za to, że częściej chwalą niż piętnują (a naprawdę to kogo i za co), książka jest krytykowana w środowisku architektów. Dla czytelnika spoza branży takie proporcje jednak mogą być zaletą. Zamiast wszechobecnych utyskiwań, że kryzys, że ciężko, że trudno, ma szansę dowiedzieć się, co nam się architektonicznie w Wolnej Polsce udało.
Przyczyn brzydoty, bylejakości i bezmyślności rozmówcy poszukują w mechanizmach rynku, nie w ludziach. Celnie opisują relacje architekta, inwestora i władzy. Dowcipnie i elokwentnie, a zarazem bardzo przystępnie filozofują o architekturze. Ciekawie się czyta tę książkę.

Na zachętę o najlepszej ich zdaniem polskiej pracowni.

Grzegorz Piątek: Można powiedzieć, że architektura jems-ów to jest architektura, która jest o architekturze. Ona nie jest o aspiracjach, o pieniądzach, o ekologii, ona nie jest o czyimś guście. Ona jest o architekturze, o przestrzeni, o materiale, o przepisach, które też są architekturą, tyle że skodyfikowaną – i to jest dla mnie imponujące. Są tacy, którzy uważają, że JEMS-i są nudni, że się nie rozwijają. Jeśli rozwój oznacza poszukiwanie wciąż nowych form, to faktycznie stoją w miejscu, ale czy naprawdę o to chodzi? Dla mnie imponujące jest raczej to, że mimo iż są firmą tak wielką jak Kuryłowicz & Associates, może porównywalną, nie wiem – to udaje im się zachować spójność języka. Tam jest przecież ośmiu kreatywnych partnerów, z których każdy jest odpowiedzialny za inną realizację, są też ludzie kierujący konkretnymi projektami, którzy też mają duży wpływ na formę, ale i tak wszystko jest spójne. Tymczasem u Kuryłowicza można prześledzić historię pracowni i zgadywać, za który budynek był odpowiedzialny Paweł Grodzicki, a za który Marek Szcześniak. To nie jest gorsze, ale mimo wszystko bliższa mi jest spójność JEMS-ów. Myślę, że w naszej architekturze i kategorii wielkich pracowni są klasą samą dla siebie. Biblioteka Raczyńskich, która w tej chwili powstaje w Poznaniu, została zaprojektowana prawie 10 lat temu, ale nie będzie wyglądać przestarzale.

Jarosław Trybuś: Dorzućmy do tego wybitną mieszkaniówkę, czyli 19 Dzielnicę.

Grzegorz Piątek: I osiedle Górczewska Park. To też jest ciekawy przykład tej samej etyki. Bo zobaczcie: mamy osiedle powstające w bardzo złych warunkach urbanistycznych, co zresztą obecnie jest dla Warszawy typowe, budowane na wąskim pasku ziemi. JEMS-i z tego bardzo niekorzystnego układu wycisnęli maksimum, i to przy stosunkowo małym budżecie w przeliczeniu na metr kwadratowy. Nie ma tu wrażenia „koszar”, które na podobnych działkach budowane są na przedmieściach.

Marcin Kwietowicz: JEMS to chyba jedna z nielicznych w Polsce pracowni, którą interesuje struktura i to jest dla mnie największa wartość tej architektury. Czasem żartuję, że jakby mieć jeden dobry śrubokręt, to można by nim agorę rozkręcić. Właściwie cały projekt sprowadza się do wymyślenia tego jednego narzędzia.

Jarosław Trybuś: Jakże to jest nowoczesne!

Grzegorz Piątek: Dlatego mówię, że to jest architektura o architekturze.

Marcin Kwietowicz: Wydaje mi się, że to strukturalne myślenie przekłada się też na organizację samej pracowni. To sprawnie działająca, dobrze zorganizowana machina. Zastanawiam się, jak sprawić, by agora nie była czymś wyjątkowym, jak stworzyć takie warunki powstawania architektury w Polsce, by była to pewna norma.

Jarosław Trybuś: Nie, nie, nie. Na odwrót – jak sprawić, żeby było więcej JEMS-ów. To nie jest kwestia warunków zewnętrznych. Oni przecież pracują w tych samych warunkach co wszyscy.

Grzegorz Piątek: agora jest szczytem, ale większość dorobku JEMS-ów mieści się tuż poniżej tego szczytu. To jest płaskowyż. Może JEMS-i powinni wykładać? Może mogliby wydać książkę o organizacji pracowni w dwudziestotysięcznym nakładzie i rozesłać do każdego architekta w Polsce?

Marcin Kwietowicz: Swego czasu robił to Stefan Kuryłowicz, który wykładał na warszawskim Wydziale Architektury tak zwaną praktykę zawodu, tyle że jemu chodziło raczej o aspekt biznesowy.

Jarosław Trybuś: To również jest znamienne – pracownia Kuryłowicza ma bodaj siedmiu partnerów, a jej twarzą był wyłącznie Kuryłowicz. Natomiast w przypadku JEMS-ów mówimy „JEMS-i” i bardzo niewiele osób wie, kto kryje się pod tą nazwą. I to odbija się na architekturze, jak by to ująć, zespołowej…

Grzegorz Piątek: Jak orkiestra.

Jarosław Trybuś: Pozornie bez dyrygenta, ale dyrygentami są tu wszyscy: Olgierd Jagiełło, Maciej Miłobędzki, Jerzy Szczepanik-Dzikowski i Marcin Sadowski.

Marcin Kwietowicz: Jarek, mówiłeś, że nie chodzi o warunki zewnętrzne. Jednak w Szwajcarii – wiem, że to ideał – takich biur jak JEMS jest na pęczki. Oczywiście stoi za tym cała kultura materialna tego kraju, ale również określona tradycja techniczna wpajana za sprawą bardzo szczególnego systemu edukacji, na który składają się szkoły techniczne uczące rzemiosła i dwie duże politechniki, właściwie uniwersytety techniczne, które uczą po akademicku. I te dwie logiki gdzieś się tam w połowie drogi spotykają.

Jarosław Trybuś: Czyli wracamy do sposobu kształcenia. Nie tyle do warunków i zbiegów okoliczności, tylko do sposobów kształcenia.

Grzegorz Piątek: Oczywiście, pewne rzeczy można skodyfikować, ale wszystko rozbija się o etykę i poczucie odpowiedzialności za budowlę. I to jest coś, co powinno być wkładane do głowy już w szkołach. Tymczasem na naszych uczelniach technicznych można nauczyć się raczej cynizmu niż idealizmu.

Marcin Kwietowicz: Pamiętam, gdy na jednych z pierwszych zajęć drugiego roku studiów jeden z asystentów powiedział, że wnętrza można projektować bez uprawnień, co zresztą jest prawdą, więc zachęca do podejmowania takich zleceń. Po czym dodał, że dodatkowym źródłem mogą być często prowizje od producentów materiałów czy wyposażenia.

Grzegorz Piątek: Co jest nielegalne.

Marcin Kwietowicz: Co jest nielegalne i nieetyczne, bo w rezultacie płaci za to klient. Po raz pierwszy zasugerowano mi taki proceder na uczelni.

Grzegorz Piątek: Na uczelni, nie od jakiegoś majstra albo przedstawiciela handlowego. I tu znowu trzeba wrócić do JEMS-ów, którym zdarzyło się już rezygnować ze zlecenia, kiedy nie mogli zrealizować projektu w zgodzie z elementarnym warsztatem, odpowiedzialnością i roztropnością. Oczywiście w ich długiej karierze jest parę momentów, co do których można mieć pewne wątpliwości, choć przy bardzo surowych standardach. Na przykład pierwsza szerzej dostrzeżona realizacja JEMS-ów – małe osiedle na Żoliborzu, przy Hozjusza, z pierwszej połowy lat 90., powstało w klinie zieleni, który jakimś sposobem stał się terenem pod zabudowę. Do tego jest to chyba pierwsze osiedle zamknięte w Warszawie. Można też przyczepić się do udziału w konkursie na nowy Supersam1. Jeszcze, ewentualnie, można zarzucić, że w Górczewska Park ludzie mieszkają przy torach, ale i tak powstało najlepsze, co można było zrobić w tych warunkach. I właściwie tyle plam na honorze i to do tego nieznacznych. Więcej niż tych plam znam przypadków, w których JEMS-i wycofywali się z wątpliwych zleceń. To jest powrót do old schoolu, JEMS-i w praktyce przekazują to, czego jeszcze na Politechnice zdążyła nauczyć mnie Halina Skibniewska – autorka Sadów Żoliborskich. Była już wtedy, około 2000 roku, mało aktywna, ale przychodziła na przeglądy i mówiła, że nieważne, czy socjalizm, czy kapitalizm, architekt zawsze miał ograniczony budżet i ograniczonego inwestora; i w tych narzuconych warunkach musi nie tylko budować najlepiej jak umie, ale także dorzucić wartość dodaną, czyli myśl, dodatkowy wysiłek intelektualny i warsztatowy, który procentuje innowacyjnymi rozwiązaniami. To jest postawa, która się nie starzeje i JEMS-i ją reprezentują. Myślę, że Skibniewska miała równie duże trudności, co dzisiejsi architekci. Też musiała przekonać inwestora, że warto nie wycinać drzew na Sadach Żoliborskich.

1 Po licznych protestach warszawski Supersam zburzono w 2006 roku. Supersam powstał w 1962 roku jako projekt architektów Jerzego Hryniewieckiego, Macieja Krasińskiego oraz Macieja Gintowta, a także konstruktorów: Wacława Zalewskiego, Stanisława Kusia i Andrzeja Żórawskiego.

Lukier i mięso, Grzegorz Piątek i Jarosław Trybuś, 40000 Malarzy, 2013