Sadowski: Rozrzeźbiony prostopadłościan

Rozmowa z Marcinem Sadowskim, wspólnikiem Jems Architekci, współtwórcą projektu Pixela w Poznaniu. O inspiracjach, otoczeniu, drewnie, Bibliotece Raczyńskich i architekturze MVRDV.

Od ulicy budynek jest gładki, tworzy pewną barierę, a jego fasada, artykulacja pozioma, detal są odbierane w perspektywach dalekich – jakby z samochodu.

Pixel to pierwszy z zespołu pięciu niezależnych budynków biurowych. Ale na razie stoi sam.
Mamy doświadczenia w realizacji większych zespołów biurowych w Warszawie. Te doświadczenia pokazują, że inwestycje zwykle są rozłożone w czasie i zawsze zachodzi jakaś przyczyna, dla której projekty są zmieniane, powiększane, pomniejszane. Tak było z Platinium Business Park, gdzie zaprojektowaliśmy dwa budynki, a potem inwestor chciał następne trzy zdecydowanie powiększyć. Intelektualnie nie byliśmy w stanie zmieniać tego projektu – pracowaliśmy nad nim bardzo długo. W końcu zrobili to inni architekci i dobrze, że tak się stało. Naszym zadaniem formuła urbanistyczna była na tyle zamknięta, że należało zrealizować pięć identycznych brył.
Tu też chcielibyśmy, by docelowo stanęło pięć bardzo podobnych budynków, ale wydaje mi się, że prostota Pixela – bo to rozrzeźbiony, ale jednak prostopadłościan – i taka urbanistyka, która składa się z pięciu prostych brył wydaje się być dobrą odpowiedzią na sytuację, w której zaistniałyby np. tylko dwa albo trzy budynki. One zawsze będą tworzyły „skończoną” całość.
Takie też było pytanie postawione przez inwestora, czy jeżeli zrealizujemy jeden budynek, to będzie wyglądał on jak część nieskończonego układu, czy będzie mógł samoistnie funkcjonować.

Garvest zapowiada, że budowę kolejnego biurowca rozpocznie jesienią. Na jakim etapie są prace?
Mamy zrobiony projekt koncepcyjny wielobranżowy i przystąpiliśmy do prac nad projektem budowlanym. Rysujemy od razu cztery budynki. Będą mniejsze – po ok. 8 tys. metrów kwadratowych każdy.

© Juliusz Sokołowski

Z jednej strony ośmiopiętrowa mieszkaniówka, z tyłu domki jednorodzinne porozrzucane na tle pomalowanego fantazyjnie hotelu Gromada, a po drugiej stronie ulicy współczesne budynki koncernu farmaceutycznego i hotel z renesansowymi attykami, zza których wystaje biała obła kopuła stadionu. Próbowaliście wpisać się formą w otoczenie?
Istnieje problem otoczenia – bałaganu przestrzennego w wielu lokalizacjach, gdzie realizujemy nasze budynki. Mamy bardzo często do czynienia z otoczeniem, o którym delikatnie można powiedzieć, że jest nijakie. Jest zabudowane architekturą operującą niesłychanie „zróżnicowanymi środkami wyrazu”, o różnych standardach technicznych. Więc bardzo często po prostu kontekstu nie ma, nie ma z czego czerpać.
Oczywiście przypadek Biblioteki Raczyńskich, w centrum Poznania, budynku na styk dostawionego do starej części biblioteki to przykład kontekstu niezwykle silnego. Tam podziałami pionowych elementów betonowych fasady nawiązujemy do gzymsów istniejącego gmachu. Badaliśmy również jak będzie w dalszych perspektywach wyglądała zwyżka ponad biblioteką.
Przy takich sytuacjach budynki są niezwykle wrażliwe, oddziałują na otoczenie, nawiązują z tym otoczeniem dialog.

© Juliusz Sokołowski

Skąd pomysł na modułową formę Pixela?
To akurat trochę związane z sąsiedztwem. Grunwaldzka nie jest ulicą miejską tylko arterią drogową i zabudowa przy niej nigdy nie będzie tworzyła pierzei miejskiej ulicy, gęstej tkanki. Od tej strony budynek jest gładki, tworzy pewną barierę, a jego fasada, artykulacja pozioma, detal są odbierane w perspektywach dalekich – jakby z samochodu. Są na niej tylko trzy mocne nacięcia, budynek trochę się dematerializuje, bo widać bardziej kreski niż szkło, które odbija drzewa, niebo. Natomiast rozdrobnienie architektury od środka to ukłon w stronę podwórka, które ma powstać w przestrzeni pomiędzy biurowcami – pragnęliśmy, aby ta przestrzeń była kameralna.

Pixel obłożony jest cedrem kanadyjskim, takim jak w zaprojektowanej przez was siedzibie Agory. Tam pięknie się zestarzał.
Jak patrzę na świerkowe domy na Podhalu, zachwyca mnie jak one zmieniają swoją barwę z czasem. Pod okapami są cały czas brązowe, utleniają się na ciemny brąz wpadający w czerń, a na słońcu to drewno szarzeje.
Chyba najgorszą rzeczą jest próba konserwowania drewna. Bo kiedy nałoży się na nią powłokę lakierniczą, a potem ulega ona niszczeniu, to całość wymaga naprawy, remontu. Jest różnica pomiędzy materiałem, który dobrze, naturalnie się starzeje i materiałem, który się niszczy. Drewno, które zaczyna ujawniać swoją barwą, że budynek stoi już ponad 10 lat, tak jak w przypadku Agory, pokazuje proces naturalny zmian, jakie zachodzą w czasie istnienia budowli.

© Juliusz Sokołowski

Pixel to wasza druga realizacja w Poznaniu, po Nowej Bibliotece Raczyńskich, budynku wyjątkowym, słusznie nagrodzonym przez SARP.
To co ja w naszej architekturze cenię to ostrożność. I to jest dosyć rozważny projekt. Nie jest zwykłą kolumnadą, nie jest monumentalny, ale dobrze w mojej ocenie, komponuje się z istniejącym zabytkowym budynkiem biblioteki.

A co pan sądzi o projekcie Bałtyku? MVRDV musiało mocno kluczyć pomiędzy ograniczeniami konserwatora…
Z tych ograniczeń wyszedł im bardzo dobry budynek. Ten projekt jest chyba jednym z ich lepszych. Widać, że zachowali swoją tożsamość, widać że to MVRDV. Forma jest podcięta, nie wiadomo jak stoi, kształt intryguje. Budynek budzi emocje.

Architektura tworzy się na styku wymagań i ograniczeń, ale także na styku osobowości biura architektonicznego i dewelopera. Kiedy deweloper ma silną osobowość, łatwiej się dla niego pracuje?
Tak, bo jest bardziej wymagający, ale nie anonimowy. Na pewno anonimowość utrudnia pracę. Powinna ułatwiać, bo w zasadzie daje wolną rękę architektowi co do podejmowanych decyzji projektowych, ale według mnie anonimowość naszych działań utrudnia nam pracę. Realne wymagania klienta uwiarygadniają nasze działania.

16 kwietnia 2013

Anioł Manchesteru

10 kwietnia 2013

Lustra architektury

5 kwietnia 2013

Wysokie highfaluting