Wiatr w kominie

Pierwsza na świecie elektrownia wiatrowa pionowego obrotu działa we wsi Kodeń. Skonstruowana przez miejscowego wynalazcę ma być o połowę wydajniejsza od najnowocześniejszych wiatraków.

Wiatrowe kominy stworzył Waldemar Piskorz, wynalazca z Kodnia, wsi w Lubelskiem, powiecie bielskim, tuż przy granicy z Białorusią. Jeśli wyniki testów elektrowni, którą w obecności księdza, wójta i urzędnika z ministerstwa gospodarki otwarto na początku września, potwierdzą wyliczenia na papierze, będą to pierwsze naprawdę wydajne pionowe siłownie wiatrowe.

Turbiny pionowe stosowano w osiemnastowiecznym (p.n.e.) Babilonie. Pompowały wodę, którą nawadniano pola. Trzy tysiące lat później pojawiły się wiatraki poziome, i to łopaty przydrożnych młynów zdominowały krajobraz. Pierwsze poziome turbiny wiatrowe udało się skonstruować Amerykanom. Choć dopracowywano je latami, w porównaniu z siłowniami pionowymi przegrywały na każdej linii, z wyjątkiem jednej – wydajności. Pionowe od zawsze były tańsze w budowie i mniej kapryśne co do kierunku i siły wiatru, ale dawały mniej energii. Bo kiedy z jednej strony wiatr duł w łopaty wirnika, to z drugiej ciągnął je nazad. Piskorz twierdzi, że pozbawił je tej jedynej wady.

W naszej szerokości geograficznej, gdzie wiatr wieje tam gdzie chce, a przy tym ze zmienną, ale przeważnie niewielką siłą, śmigłowe turbiny wiatrowe są nieopłacalne. Wyprodukowany przezeń jeden megawat prądu jest droższy niż wytworzony w elektrowni węglowej lub gazowej. Wieże wiatrowe są drogie w produkcji i ze względu na swoje rozmiary – trudne w transporcie. A do tego śmiertelnie niebezpieczne dla ptaków. Dużo bardziej w Danii, gdzie ciągle wieje, niż w Polsce, gdzie przez większość roku śmigła zwisają nieruchomo. Wikipedia podaje, że taki sam wiatrak dostarcza Duńczykom 100 kilowatów prądu, a w okolicy Szczecina – ledwie 17,3 kW. Wiedząc, że średnie prędkości wiatru w najwietrzniejszej w kraju Łebie wahają się w ciągu roku od 3 do 6m/s, w spokojnym Nowym Sączu – od 1 do 2 m/s, a do startu taki wiatrak potrzebuje około 3,5 m/s, trudno zrozumieć przyczyny powstawanie kolejnych farm wiatrowych w Polsce. Inwestorzy, którzy dostają na ich postawienie unijne dotacje i sprzedają sieciom energetycznym prąd po cenie wyższej od rynkowej, też pewnie nie rozumieją. Ale zarabiają, więc nie pytają.

Piskorz zapewnia, że do startu jego konstrukcji wystarcza zefirek o prędkości ok. 0,7 m/s, a nominalną wartość osiąga ona przy 6-7 metrach na sekundę (śmigłowe przy 12 m/s). Przy silnym wietrze, rzędu 90 km/h, tradycyjne turbiny wyłączają się, by wiatr nie połamał śmigieł. Pionowe z Kodnia mają produkować energię nawet przy podmuchach o prędkości powyżej 200 km/h.

Zestaw dziewięciu segmentów ustawianych na sobie w trzech kolumnach © ProEnergetyka

Zestaw dziewięciu segmentów ustawianych na sobie w trzech kolumnach © ProEnergetyka

– Zabrakło prądu na zakładzie recyklingu, taka była potrzeba – tłumaczy powstanie wynalazku Waldemar Piskorz. – Alternatywą było zbudowanie napowietrznej linii energetycznej na odległość dwudziestu paru kilometrów, ale to kosztowałoby gigantyczne pieniądze, więc pomyślałem, muszę to szybko dokończyć. Bo wizję miałem od dawna. Od dziecka uwielbiam wiatry i huragany. I od dziecka zawsze coś tam dłubałem.

Piskorz nie chce rozmawiać o szczegółach wynalazku, ale gołym okiem widać, że ulepszył pionowe turbiny mocując w ich obudowie pod odpowiednim kątem dysze, które z jednej strony kierują wiatr na łopaty wirnika obracającego się wewnątrz, z drugiej bronią do nich dostępu. – Ten problem próbował rozwiązać i prof. Zdzisław Pawlak, i Rosjanie, ale im nie szło. Dopiero mnie udało się tak ukierunkować dysze tak, że osiągnąłem największą na świecie sprawność – twierdzi Piskorz. Jego wiatrowe kominy mają być o połowę wydajniejsze niż wiatraki śmigłowe. A do tego być od nich cichsze i nie stanowić zagrożenia dla ptaków.

– Do Kopernika się nie przyrównuję, bo to proste rozwiązanie, ale w tej branży naprawdę doniosłe – przyznaje nieskromnie i przechodzi w ton kaznodziei. – Bo to nie tylko technologia, ale też idea wolności. Teraz każda mała wyspa, każda oddalona kolonia może mieć własną energię.

Waldemar Piskorz mówi, że ma na koncie wiele wynalazków, dużo więcej niż można znaleźć pod jego nazwiskiem w biuletynie Urzędu Patentowego. Ale nie chce, żeby o tym pisać. Ani o jednym z inwestorów, którego udział w tym przedsięwzięciu niemal gwarantuje sukces. Tłumaczy, że to w trosce o bezpieczeństwo. – Energetyka to resort siłowy – wyjaśnia na poważnie, ale zaraz dodaje: Mam fajne śliskie nazwisko, to zawsze się wywinę.

Pionowe Siłownie Wiatrowe Piskorza dostały złoty medal na zbliżających się targach POLEKO i są liderem w głosowaniu internautów.