Wubben: Ograniczenia nie zawsze są złe

Wywiad z Antonem Wubbenem, szefem zespołu projektantów Bałtyku, o tym jak narodziła się koncepcja wieżowca, jak z ograniczeń uczynić zalety i że konkursy architektoniczne mają sens.

Bryła budynku powstawała w ten sposób, że z początkowego kształtu zamkniętego granicami działki po kolei „odcinaliśmy” kolejne fragmenty.

Anton Wubben – architekt, od 9 lat w MVRDV. Pochodzi z Zoetermeer, niewielkiego miasta nieopodal Rotterdamu. Studiował w najstarszej i największej holenderskiej Politechnice Delfijskiej. Po studiach przez rok prowadził badania w Agencji Ocen Środowiska. Przyszedł do MVRDV, kiedy biuro pracowało nad koncepcją budynku mieszkalnego, będącego jednocześnie zadaszeniem hali targowej. Zainteresowany projektem dołączył do zespołu, a wkrótce stanął na jego czele.

[Market Hall powstaje w centrum w Rotterdamie, pomieści 100 straganów i 200 mieszkań.] © MVRDV

Przejąłeś temat Bałtyku, kiedy po roku pracy projekt utknął w martwym punkcie. Czy to znaczy, że jesteś w biurze bohaterem do zadań specjalnych, który wkracza, gdy nikt inny nie daje rady?
Dziękuję za komplement, ale moja rola była znaczniej mniej bohaterska. Nasz pierwszy projekt był wspaniały, niesamowicie mi się podobał. Niestety miejski konserwator zabytków odrzucił go i dlatego musieliśmy stworzyć coś nowego. Jestem bardzo zadowolony z ostatecznej wersji, ale oczywiście tworzył ją cały zespół.

Ile to osób?
W pracowni MVRDV nad projektami pracuje zespół 3-4 ludzi. W tym przypadku projektem kierowała Nathalie de Vries, która jest także założycielką MVRDV i jedną z trojga szefów. W naszym zespole była także Fokke Moerel – kierownik i lider projektu, czyli ja. Nad projektem w różnych okresach pracowało łącznie 10 osób – niektóre od samego początku, inne wtedy, gdy potrzebowaliśmy ich konkretnych umiejętności.

Mieliście kilka ograniczeń podczas projektowania: przykleić się do Sheratona i od jego wysokości narastać schodowo; stworzyć kilkanaście tysięcy metrów biur, ale nie wyrosnąć ponad 68 m; nie zabudować całej działki, pozostawiając miejsce na przestrzeń miejską; nie zasłonić całkiem cukierkowej Concordii… Które były najtrudniejsze, a które inspirujące?
Na etapie początkowych studiów koncepcyjnych zdaliśmy sobie sprawę, że ograniczeń jest tyle, że należy zmienić perspektywę i zacząć je traktować jako argumenty „na tak”. Bryła budynku powstawała w ten sposób, że z początkowego kształtu zamkniętego granicami działki po kolei „odcinaliśmy” kolejne fragmenty. Taras południowy stanowi swoistą interpretację ograniczeń architektonicznych w tej części miasta, a olbrzymie wcięcie powstało, by zaakcentować wejście do budynku. Kolejne wcięcie zrobiliśmy, by stworzyć miejsce na taras od strony placu. Jego szerokość zachowuje równowagę między optymalizacją wielkości przestrzeni biurowej w tym miejscu a pożądanymi cechami tego placu. Wszystkie te wcięcia przyczyniły się więc do powstania niezwykle interesującego kształtu. Wykorzystując tę samą zasadę dla płaszczyzn poziomych i pionowych, udało nam się uzyskać fantastyczne formy, jak na przykład 7 przeszklonych kondygnacji, pnących się przed wejściem do budynku.

© MVRDV

Projektowaliście budynek, który miał wpisać się w dość zróżnicowaną stylistycznie okolicę. Dominuje w niej modernizm, ale dość niejednolity – hala targowa z iglicą z końca lat 20. po jednej stronie, hotel z lat 60. po drugiej i jego rówieśnik – akademik za plecami, a pomiędzy – malutka drukarnia z XIX wieku. Trudno było wpisać się w to otoczenie?
Zaproszenie nas do pracy nad budynkiem-ikoną w tak niezwykłym miejscu było wielkim wyróżnieniem. To prawda, że rozmowy z przedstawicielami miasta były długie i trudne, jednak liczy się efekt końcowy. Jestem bardzo zadowolony, że udało nam się zaproponować projekt, który jest odpowiedzią na wszystkie ograniczenia, o których wspomniałeś, a jednocześnie silnie zaznacza swoją obecność w tej wyjątkowej lokalizacji.

Ludzie, którzy oglądają wizualizację Bałtyku mówią, że kojarzy im się ze ściętą piramidą, falą morską, dziobem wielkiego okrętu, górą lodowcową – budynek z każdej strony wygląda inaczej.
To zaskoczenie metamorfozą budynku w zależności od miejsca, z którego się patrzy, jest z pewnością jego wielką zaletą. Taki efekt jest zresztą logicznym skutkiem naszej interpretacji wspomnianych ograniczeń i tu właśnie, jak się okazało, drzemał największy potencjał formy, która odpowiadałaby niejednolitej w tym miejscu tkance miejskiej.

Projektowaliście na najbardziej prestiżowej działce w mieście. Na granicy czterech dzielnic, przy głównym węźle komunikacyjnym, z otwartą przestrzenią na wschodnie dzielnice. Czy inwestor zażądał byście stworzyli ikonę Poznania?
Klient od początku miał duże ambicje i widać było, że wybrana lokalizacja ma kluczowe znaczenie dla całego miasta. Spółka realizująca projekt zaprosiła więc międzynarodową pracownię, która chętnie podejmuje pracę nad ambitnymi realizacjami i tworzy projekty nowoczesne, lecz także ponadczasowe.

© MVRDV

Zanim inwestor zwrócił się do Was rozpisał konkurs. Powstały koncepcje, które proponowały dość przypadkowe kształty brył, starające się efektownie wyglądać. Czy ktokolwiek jest w stanie stworzyć przemyślaną koncepcję w tak krótkim czasie? Wy potrzebowaliście na to dwóch lat. Konkursy mają sens?
Konkursy to chleb powszedni w architekturze. Architektów szkoli się tak, by umieli tworzyć spójne koncepcje we względnie krótkim czasie. Opracowanie projektu budowlanego zawsze trwa dłużej. Mogą pojawić się niespodziewane problemy, a przy tej skali budynków zawsze jest wiele detali do zaprojektowania. I oczywiście dochodzi czas oczekiwania na decyzje administracyjne. W związku z tym czas między pierwszym szkicem a imprezą z okazji otwarcia jest zazwyczaj dłuższy, niż byśmy sobie życzyli. Z drugiej jednak strony ciągłe porównywanie między pracą konkursową a efektem końcowym nie pozwala projektantom spocząć na laurach i w związku z tym jest czymś bardzo cennym.

Podobno od investora usłyszeliście „sky is the limit”. Polecił Wam zaprojektować budynek, który przełamie konserwatywny styl poznańskiej architektury. Czy nie za bardzo Was ten konserwatyzm temperował? Bardziej awangardowy projekt gryzłby się z otoczeniem?
Mogę tylko mieć nadzieję, że udało nam się znaleźć współczesną, a jednocześnie niekoniunkturalną odpowiedź na ambitne wyzwanie, z którym się zmierzyliśmy. Ograniczenia nie zawsze są czymś negatywnym, bo często stanowią argumenty przemawiające za konkretną koncepcją i mogą wydobyć dodatkowe zalety budynku. Na przykład bez ograniczeń narzuconych przez konserwatora być może nie wpadlibyśmy na pomysł potężnego wcięcia w obrębie wejścia.

Architekt musi się pilnować, by nie projektować pod siebie. Czy to w ogóle możliwe? Czy da się „wyłączyć” swoje własne preferencje podczas projektowania jak wyłącza się warstwy w photoshopie?
Przez każdy projekt przebija pasja architekta, ale tak naprawdę chodzi o coś jeszcze. Architekt wsłuchuje się we wszystkie głosy oceniające projekt, także te negatywne, i uwzględnia jej w projekcie w formie osobistej interpretacji. Zasadniczo jednak projektanci nie projektują dla siebie. Projekt musi bowiem spełniać potrzeby użytkownika i wymagania klienta. Nasza pracownia zawsze jednak chętnie inspiruje, a nawet prowokuje użytkowników do korzystania z projektowanych przez nas budynków w sposób twórczy.

© MVRDV

Spróbuj wcielić się w przyszłego użytkownika Bałtyku. Za co będzie chwalił, a za co ganił projektanta?
Zaraz po przyjściu do pracy podziwiam wspaniałą panoramę miasta, sącząc ręcznie parzone espresso z baru kawowego na dole. W porze lunchu porywam coś do jedzenia z baru kanapkowego, a po pracy z przyjemnością napiję się wina z przyjaciółmi, siedząc w ogródku restauracji na placu przed budynkiem. Nienawidziłbym tylko tej chwili, gdy muszę już wrócić do domu :)