MVRDV usypało Amanorę

Architekci dostali zadanie stworzenia efektownego blokowiska na tysiąc mieszkań w centrum powstającego miasta w Indiach. I jakimś cudem udało im się przekonać miejscowych bogaczy do kupienia lokum w bloku.

Może nabywcy czytali europejskich krytyków architektury, którzy doszukują się w tym projekcie odwołań do idei wertykalnego miasta, „osiedlowych” pomysłów Le Corbusiera i własnej koncepcji MVRDV – metamiasta/miasta danych, opisanej w książce Metacity/Datatown. Kupujący musieli sami zauważyć zaczepne puszczanie oka architektów w stronę nurtu organicznego, a już na pewno – machanie znakiem rozpoznawczym Holendrów, czyli wydobywaniem różnorodności.

Ale jak się już urządzili w tych swoich wielkich apartamentach, to ciekawe co myślą? Czy to osiedle traktują bardziej jak postulat w debacie o zagęszczeniu lokalnym i globalnym? Czy – jak prowokacyjne przeniesienie na hinduski grunt europejskich idei współżycia różnych grup społecznych? Czy może uważają je za wcale oryginalny wieżowiec, w który warto zainwestować, bo całkiem wygodnie się tu mieszka?

Hadsapar to przedmieścia dziesięciomilionowej Puny, sto mil od Bombaju. Trzydzieści lat temu było wsią, dziś – najgęściej zaludnionym ośrodkiem przemysłowym w okolicy. Na 160 hektarach stanęło tu Amanora Park Town, pierwsze w Indiach miasto zbudowane od podstaw przez prywatnego przedsiębiorcę. W zamian za ulgi podatkowe inwestor ogarnął gminne powinności: infrastrukturę energetyczną, drogową, wodną i kanalizacyjną, szkoły i szpital. A potem zaczął żniwa, budując mieszkania, biura i centra handlowe.

Stawiane właśnie Gateway Towers, w których świecić będą kryształowe żyrandole od Swarovskiego © CCL

City Corporation Ltd kierowana jest przez osobistość, której nie trzeba przedstawiać nikomu w całym stanie Maharasztra. Dla nieznającej go reszty świata Aniruddha Deshpande pozuje do zdjęcia w błękitnej koszuli, idealnie dobranej do jego śniadej cery. Patrzy na nas jak gość, który nawet nie musi się uśmiechać, żeby zdobyć nasze zaufanie. Fotkę podpisano „Przedsiębiorca, wizjoner, zdobywca”. Zarabianie pieniędzy traktuje jak sport, a temu oddany jest całym sercem. Majątek wskazuje na to, że Deshpande umie wygrywać.

Efektowne w zamyśle Aspire Towers tuż przy centrum Amanory © CCL

Wymyślił stworzyć miasto inteligentne, wygodne i łatwe w obsłudze, ale przede wszystkim oryginalne, wyjątkowe, wiekopomne. A że stawiał je z myślą o swoich rodakach, zamierzał rozpostrzeć tak barwny wachlarz piór, żeby widać go było z Bolywoodu.

Deshpande sporo w życiu zbudował i sporo wyśpiewał na rodzinnych spotkaniach, ale miasto tworzy pierwszy raz. Zaczął od zabudowy mniej atrakcyjnych działek, czyli z dolnego C – pudełkowatymi kępkami osiedli. Dopiero później zanotował wyższe rejestry, wznosząc kilka bardziej oryginalnych wieżowców, w tym Wieże Przyszłości.

Future Towers reklamowane dumnie jako „pierwsze wertykalne ikoniczne miasto Indii” © Ossip van Duivenbode

To bardziej założenie urbanistyczno-krajobrazowe niż budynek. Odlane z betonu wysokie góry, cieniste kaniony i jakby wydrążone w skale groty. Przypominają grubo ciosane szczyty ciągnących się wzdłuż zachodniego wybrzeża gór Westren Ghats.

Grzbietem pasmo Future Towers wyraźnie góruje nad otoczeniem. Na skrajach działki bryła zniża się uprzejmie do wysokich bloków z jednej strony, z drugiej – do terenów rekreacyjnych ze Świątynią Środowiska. Ta szumna nazwa to marketingowy chwyt pana Deshpande. Zamówił pięciometrowy granitowy ostrosłup trójkątny ze szklaną czapką, w której zatopione jest drzewo wykonane z 3,5 kg złota. Sądził, że jeśli w centrum postawi coś tak spektakularnego, jakiś niecodzienny obiekt, truskawkę na torcie, to wyjątkowość automatycznie spłynie na okolicę.

Temple of Environment Deweloper to pierwszy na świecie obiekt kultu środowiska © ravikarandeekarsblog

Tak się nie stało. Wieczorne słońce nie oświetla już złotej piramidy, przesłaniają go całkiem zwyczajne, albo nawet zwyczajnie brzydkie wieżowce. A potem coraz bliżej centrum, aż w końcu granice półokręgu, w którym ulokowano serce miasta, ze świątynią w parku i trawiastą agorą klubu rekreacyjnego, otoczoną jońską kolumnadą, porosły grupki zwyczajnych bloków, nieprzypominających niczego wyjątkowego.

Wieże Przyszłości widziane od strony parku miejskiego © CCL

Kiedy Deshpande przypomniał sobie o swoich marzeniach, rozpisał konkurs na projekt zabudowy najatrakcyjniejszej działki tuż przy świątyni. Holendrzy z MVRDV najudatniej, bo szczerze, wpisali się w ideę miasta wyrażoną złotym drzewem. Narysowali dom, jakie rysują od lat, zmodyfikowali tylko bryłę, dopasowując ją do otoczenia. Miał oko pan Deshpande, że się poznał na tym projekcie.

Co mogło go oczarować? Na planie budynek wygląda jak fragment komórki plastra miodu – idealnie społecznej (ale i kastowej), naturalnej konstrukcji. Z boku przypomina rozpoczętą budowę wysokiej piramidy, na takim samym planie jak Świątynia Środowiska. Fasada przez swoją skalę przypomina też pszczeli plaster, tyle że komórki są kwadratowe, nie sześciokątne. Czyż to nie jest opis przykładu architektury organicznej?

Jeden z dziedzińców osiedla © Ossip van Duivenbode

Wieże wydają się trochę powydziwiane, ale jak się przyjrzeć – jest sens i logika. Dziewięć skrzydeł budynku łączą cztery rdzenie. Każdy obsługuje odchodzące od niego promieniście trzy ramiona, skupione wokół heksagonalnych dziedzińców i liczące po 17, 20 i 30 kondygnacji. Te skośne ściany, wycięcia i różnice poziomów są po to, by o jednej porze dnia doświetlić część mieszkań i skwerów, a o innej uchronić je przed palącym słońcem.

Przedszkolaki zmierzają na plac zabaw trapezoidalnym wycięciem w bryle budynku © Ossip van Duivenbode

W oczy rzucają się jaskrawe wnęki na przestrzał wąskiego skrzydła. Malowanie wyraźnym kolorem przestrzeni wspólnych to znak rozpoznawczy rotterdamskich architektów od lat. Jak w kolorowym Silodamie od kilkunastu lat cumującym w porcie w Amsterdamie, jak w Miradorze na obrzeżach Madrytu, gdzie zapraszające do spotkań klatki schodowe są czerwone.

Nie wystarczy dobrze zaprojektować przestrzeń wspólną, uważają w MVRDV, trzeba jeszcze nakłonić użytkowników do korzystania z niej. Intensywnym kolorem architekci tworzą czytelną granicę pomiędzy domową strefą intymną, zwykle w mniej krzykliwych kolorach, a przestrzeniami tworzącymi sposobność do interakcji.

Takich miejsc jest w Amanorze całkiem sporo. Dwukładkowe centralne korytarze, kilka dziedzińców między skrzydłami budynku, w tym jeden z basenem oraz wspomniane dwupiętrowe otwory w bryle: dla dzieci, seniorów, kobiet; do sportu, na kawę, na plotki. Z nich można zejść na parter do sklepiku, zakładziku czy warsztaciku, albo na humus do garkuchenki.

Boisko do gry w minigolfa w dwukondygnacyjnej „mufce” na szóstym piętrze © Ossip van Duivenbode

Ta wielowarstwowość i różny metraż 1068 mieszkań z jednej strony, a z drugiej wysoki jak na indyjskie warunki standard, miały zapewnić budowli różnorodność, jaką udało się architektom uzyskać w Silodamie. Ale amsterdamski budynek-komoda jest niejednolity i na poziomie społecznym i architektonicznym, zawiera moduły szuflad różnej wielkości i przeznaczenia. Jeden składał się z dużych loftów, drugi z małych klitek, kolejny z biur lub zakładów usługowych. Tu są różnej wielkości mieszkania i usługowo-handlowe partery, ale dla jednej klasy społecznej.

Wnętrze mieszkania wielopokoleniowej rodziny w Wieżach Przyszłości © Ossip van Duivenbode

Po co czekać na przyszłość, kiedy ona tu stoi?” – zachęcają foldery reklamowe Future Towers. Ile kosztuje tu lokum? Na maila nikt ceny nie poda. – To zbyt ekskluzywny zakup, żebyśmy załatwiali to tak bezosobowo – tłumaczy Nagaraj, sprzedawca dzwoniący z New Jersey w Stanach. Długo opowiada o pięknym widoku z tarasów na park i kompletnej infrastrukturze wokół, czyli centrum handlowym, poczcie, remizie, klubie sportowym, trzech szkołach i dwóch sztucznych jeziorach, czyli: „wszystko, o czym nawet nie pomyślisz, że możesz tego potrzebować, a będziesz z tego korzystał z radością”. Nie wie ilu obcokrajowców kupuje tu mieszkania, bo obsługuje tylko klientów z USA i Europy, którzy zostawią swój numer na stronie. Większość sprzedaje się przez międzynarodowych agentów.

Mieszkania w szczycie skrzydła wabią wielkimi tarasami © Ossip van Duivenbode

Ceny zaczynają się w przeliczeniu od 185 tys. zł za dwa pokoje z kuchnią o powierzchni 45 metrów kwadratowych, a kończą na 650 tys. zł za pięciopokojowy, 160-metrowy penthaus z tarasem. Tanio? Jak barszcz, ale tylko dla klientów Nagaraja. Płaca minimalna w Indiach wynosi 660 zł miesięcznie, jednak większość robi na czarno i żyje za mniej niż dolara dziennie. Średnia płaca – 860 zł też jest ułudą, bo dotyczy kraju o dużym rozwarstwieniu dochodów. Od 860 zł zaczynają się zarobki niższej klasy średniej. Klasa średnia zarabia dwa razy tyle, a wyższa klasa średnia, czyli lekarze, prawnicy i wysoko wykwalifikowani specjaliści – powyżej 15 tysięcy złotych na miesiąc. Tylko tych ostatnich stać na apartamenty w Wieżach Przyszłości. Średniakom nie starczyłoby nawet na jego wynajęcie, które kosztuje 3,5 tysiąca złotych miesięcznie. Na pociechę mogą sobie kupić najtańszy na świecie samochód Tatę Nano, na którego zarobią w pół roku, i podziwiać nowe budynki z nosem przyklejonym do elektrycznie opuszczanej szyby.

Widok z głównej arterii Amanora Park Town © Ossip van Duivenbode

Trudno oceniać rozwój indyjskich miast z perspektywy Europy, która raczej się kurczy niż rozrasta. A Indie lada rok prześcigną Chiny w liczbie obywateli i będą najludniejszym krajem świata. W ostatnich czterech dekadach podwoiła się tu gęstość zaludnienia, ale i poczworzyła populacja klasy średniej. Rząd nie radzi sobie z zapewnieniem dachu nad głową najbiedniejszym obywatelom, bogatszym oferują więc mieszkania prywatni przedsiębiorcy. Niedaleko Amanory powstaje inne prywatne miasto. Deweloper w obłokach kontrowersji od kilku lat wylewa beton na dziewiczych wzgórzach Ghatów Zachodnich, by stworzyć Lavasę, miasto wzorowane na włoskim Portofino, mające wkrótce liczyć 300 tys. mieszkańców. Tygrysy i słonie, które zamieszkiwały dotąd te tereny będą musiały przenieść się dalej lub zgłosić do miejscowego ZOO. Tak jak najniższe kasty, dla których w nowych miastach nie będzie miejsca.

Partnerzy z MVRDV też mogliby się podpisać „Przedsiębiorcy, wizjonerzy, zdobywcy”. Tylko oni dodaliby jeszcze „prowokatorzy”. Tacy co swój europejski socjalny schemat budowania wrzucili w tropikalny klimat w ekskluzywnym anturażu. A może jednak podpisaliby się „cynicy”?